Wstępna faza drugiego najważniejszego turnieju w LoL-owym kalendarzu to porażka na taką skalę, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy w ogóle potrzebujemy play-inów.
Jeszcze przed rozpoczęciem turnieju dało się słyszeć następujące głosy: czy naprawdę potrzebujemy czterech dni rozgrywkowych, żeby ustalić fakt, jakoby T1, mistrz świata, miało być lepsze od wicemistrzów Pacyfiku, Ameryki i Europy?
Tym obawom nie zadała kłamu sama faza wstępna. Wszystkie serie zakończyły się wynikiem 3:0. Spora dominacja jednej drużyny nad drugą i jasna dysproporcja między regionami.
Owszem, zwycięstwo Team Liquid nad Karmine Corp jest sporym zaskoczeniem, ale kiedy weźmiemy pod lupę realne konsekwencje tej jednej serii, to są one niewielkie. Nieważne, kto zwyciężyłby amerykańsko-europejskie derby, i tak w starciu z T1 byłby o wiele gorszy.
Największym problemem play-inów nie jest ich istnienie. Problemem jest to, że już na etapie losowania wiemy, kto zagra w głównej fazie MSI.
Po co nam play-iny?
Pojawia się zatem pytanie: po co istnieje coś takiego jak faza wstępna MSI czy też innych tego typu turniejów?
Dzieje się to po to, żeby ze słabszych regionów wyłonić najlepszą drużynę, która zaprezentuje najlepszy poziom w starciu z mocniejszymi zespołami. Dodatkowo dobrze mieć w turniejach jakąkolwiek opcję do pojawienia się pięknych narracji i historii. Problem pojawia się wtedy, kiedy źle zinterpretujemy siłę regionów.
Drużyna taka jak Team Liquid, Karmine Corp czy DeepCross Gaming, nieważne jak mocna by była, nie dowiezie pięknej historii esportowego kopciuszka, jeżeli już na start zostanie postawiona przed kolosem w postaci mistrza świata.
Jak naprawić problem kolosów?
W moim mniemaniu rozwiązania są dwa. Pierwsze to całkowicie zrezygnować z play-inów i rozszerzyć turniej o kolejne drużyny. Ta zmiana ma jednak poważne wady.
Jeszcze więcej jednostronnych spotkań, większy spadek prestiżu turnieju i jeszcze więcej meczów, których wynik znamy jeszcze przed rozpoczęciem draftu. MSI zawsze wyróżniało się tym, że oglądaliśmy wyłącznie ścisłą światową czołówkę. Rozszerzenie stawki mogłoby sprawić, że turniej zatraciłby swój unikalny charakter.
Drugie rozwiązanie wydaje się znacznie ciekawsze: pozostawić play-iny, ale całkowicie zmienić ich uczestników.
Zamiast wrzucać do fazy wstępnej drugie drużyny z LCK i LPL, warto stworzyć etap, w którym rywalizowałyby wyłącznie ekipy spoza dwóch głównych lig. Niech EU, LCS, CBLOL i LCP walczą między sobą o miejsce w głównej fazie turnieju. Dzięki temu każda seria miałaby realną stawkę, a różnice poziomów nie byłyby aż tak drastyczne.
Największe regiony nie potrzebują dodatkowego sprawdzianu. Jeżeli druga drużyna Korei czy Chin wywalczyła awans na MSI, to nie musi udowadniać swojej wartości, pokonując zespół z regionu rozwijającego się. Wszyscy wiemy, jaki będzie rezultat takiego pojedynku.
Play-iny powinny być miejscem, w którym rodzą się historie. Miejscem, gdzie słabszy region może zaskoczyć, a kibice dostają emocjonujące serie zamiast formalności. Dzisiaj ta faza pełni głównie rolę przystanku przed właściwym turniejem.
MSI nie potrzebuje więcej meczów. Potrzebuje większej liczby spotkań, których naprawdę nie da się przewidzieć.


Zostaw komentarz