karrigan i jcobbb

Selekcja bez litości, czyli druga faza Majora

Strona główna » Selekcja bez litości, czyli druga faza Majora

Za nami kolejny etap Majorowych zmagań. Jeśli ktoś z Was pozostał jeszcze w walce o diamentowy żeton, może nazwać się prawdziwym ekspertem – lub szczęściarzem! System szwajcarski stosowany na turniejach VALVE ma to do siebie, że pierwszy dzień bywa bardzo chaotyczny. Spotkania w formacie BO1, mimo swojej atrakcyjności, potrafią wywrócić tabelę do góry nogami i sprawić, że wszystkie przewidywania tracą sens. O tym, kto kończy ten dzień z uśmiechem, a kto z nożem na gardle, często decydują nie miesiące przygotowań, a forma dnia.

Druga faza udowodniła, że Major nie wybacza – ani chwilowego zawahania, ani nadmiernej pewności siebie. Jednych brutalnie sprowadziła na ziemię, innym dała wiatr w żagle, który poniósł ich do decydującej, ostatniej prostej przed play-offami!

Najwięksi stabilnie – choć nie wszyscy

Giganci drugiego etapu – NaVi i FaZe Clan – bez większych problemów przeszli przez tę fazę. Natus Vincere pokazało, że wciąż jest drużyną, z którą absolutnie trzeba się będzie liczyć. Bez większych problemów, kontrolując wszystkie trzy spotkania przeszło przez tę fazę jak burza. Wyglądają, jakby chciało przywrócić wspomnienia sprzed dwóch miesięcy, gdy właśnie w Budapeszcie wznosiło puchar StarSeries Fall. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie miało jeszcze okazji zmierzyć się z rywalem z najwyższej półki. Dla tak dobrze poukładanej ekipy to była dopiero rozgrzewka – prawdziwe wyzwania dopiero przed nią.

FaZe Clan, który w ogromnych bólach prześlizgnął się przez pierwszą fazę, w końcu przypomina drużynę, jaką znamy z najlepszych lat. Pisałem o tym wcześniej – FaZe to ekipa turniejowa, nabierająca rozpędu z meczu na mecz i w ostatnich dniach utwierdziła mnie w tej teorii. Gracze wyglądali dużo pewniej – nie tylko na serwerze, ale również poza nim. Cały czas mam w głowie obrazek karrigana, nakręcającego jcobbba po kolejnych, udanych rundach Polaka. Trzeba przyznać, że ten nareszcie pokazuje potencjał, jaki w nim drzemie. Jak sam mówi – wciąż jest nerwowy i nie ma tej pewności co zwykle, ale wydaje się, że to tylko kwestia czasu, kiedy będziemy mogli zobaczyć pełnię jego możliwości. Major bez FaZe byłby zwyczajnie nudny – dobrze, że wciąż są w grze.

REKLAMA:
Reklama

Rozczarowanie, które boli najbardziej

Największy zawód tej fazy to bez wątpienia Aurora. Ekipa z Turcji była najwyżej rozstawioną z całej stawki, numer 5 światowego rankingu VRS. Dla wielu była głównym faworytem do awansu z wynikiem 3:0, mało kto wyobrażał sobie następną fazę bez jej udziału. Niespełna miesiąc temu reprezentanci tej formacji podnosili puchar PGL Bukareszt i wszystko wskazywało na to, że są na najlepszej drodze do ugruntowania swojej pozycji w najwyższym, pierwszym tierze. Major okazał się bolesną weryfikacja, pokazał, że nie można brać niczego za pewnik. Pomimo dobrego startu i wygranej z M80 – ulegli kolejno FaZe, PARIVISION oraz Astralis. Zwłaszcza to ostatnie spotkanie przeciwko duńskiej formacji zabolało najmocniej. Pomimo wygranej pierwszej mapy oraz bardzo dobrej zaliczce po stronie atakującej na Trainie, która jest najtrudniejszą z całej puli map – nie potrafili zamknąć spotkania w obronie, zdobywając tylko jedną rundę. Wyglądali, jakby zderzali się z murem – nie pomagały ani pauzy taktyczne, ani próby wzajemnego nakręcania się. Ta bezradność przeniosła się również na Mirage – mimo, że ten był dużo bliższy. W decydującym momencie – rundzie z ogromną przewagą przy podłożonej bombie i sytuacji 5vs3 – posypali się jak domek z kart. Runda, która miała pozwolić im walczyć w dogrywce, stała się gwoździem do trumny. Tureccy kibice marzenia o wielkim sukcesie znów muszą odłożyć na później. Aurora w mitologii symbolizuje świt – dla XANTARESa i spółki bliżej jest w tym momencie do zmierzchu. Można odnieść wrażenie, że ta drużyna osiągnęła już swój sufit i bez konkretnego planu na przyszłość, bez nowych impulsów ciężko będzie go przebić.

Niedokończona historia

Ninjas in Pyjamas z xKacperskym na czele na tym turnieju wyglądało świetnie. Pierwszą grupę przeszło jak burza, pomijając delikatny falstart w spotkaniu z NRG. Druga faza również zaczęła się idealnie – dwie wygrane pierwszego dnia dawały komfort. Potem jednak coś pękło. Maszyna, która pracowała perfekcyjnie, nagle zardzewiała. Przedstawiciele NIP-u mieli trzy szanse na awans i żadnej nie wykorzystali. Boleć mogą zwłaszcza te dwie pierwsze przeciwko FaZe oraz PARIVISION. Każdą mapę w tych spotkaniach przegrywali dopiero po dogrywkach. Mecz z 3DMAX to zupełnie inna historia. Tutaj jak sami przyznali zderzyli się z najmocniejszą ekipą z jaką przyszło im mierzyć się na tym turnieju. Francuzi byli o klasę lepsi, kompletnie poza zasięgiem. Legendarne NIP wyglądało na tym turnieju naprawdę świetnie, zwłaszcza nasz reprezentant – xKacprersky, który indywidualnie robił ogromną różnicę na serwerze. Ja ich występ będę wspominał pozytywnie – oni zapewne traktować go będą jako niewykorzystaną szansę powrotu na szczyt.

Fot. HLTV

Legendarny comeback

Liquid w przeciwieństwie do Ninjas in Pyjamas swoją drogę zaczynał na przeciwnym biegunie. Po pierwszym dniu był pod ścianą, z nożem na gardle. Nie było już miejsca na błędy i te się nie pojawiły – choć było blisko. Mecz z chińskim TYLOO mógł zakończyć przygodę na tym turnieju. To była niesamowita nerwówka, gdzie ekipa siuhego musiała bronić na ostatniej mapie 4 punktów meczowych! To było prawdziwie piekielne INFERNO. Jak przyznał NAF, ta wygrana ich zbudowała na nowo, wzmocniła ich odporność. Przy ogromnym udziale ultimate’a, bez większych przeszkód pokonali Astralis w decydującym meczu. Trzeba pochwalić polskiego snajpera, bo pomijając pierwszy dzień był jednym z najlepszych graczy tej fazy – i takiego chcielibyśmy zobaczyć również w następnych dniach. Liquid przeszło drogę z piekła do nieba, wzmocniło swoją odporność na stresujące sytuacje i będzie bardzo niewygodnym rywalem w następnych spotkaniach.

Cztery debiuty i jeden cel: namieszać

Historia JAME’a i dastana to prawdziwy esportowy ewenement. Już w 2017 roku razem budowali AVANGAR. Ich wspólna przygoda jest jedną z najdłuższych na scenie w relacji lider – trener. Wyglądają, jakby razem się uzupełniali i niezależnie od okoliczności – potrafią znaleźć drogę do celu. Odsunięci od składu Virtus.pro udowadniają dziś, że jeśli ktoś był twarzą sukcesu Outsiders na Majorze IEM Rio to właśnie ta dwójka. Mając w składzie czterech debiutantów, doprowadzili zespół do ostatniej fazy grupowej! I nie ma w tym przypadku – od miesięcy wyglądają jak dobrze zorganizowana, głodna sukcesu drużyna. Jeśli ktoś ma zostać czarnym koniem tego turnieju, to właśnie oni.

Ostatnia prosta

Każda z tych historii jest inna – wszystkie są fascynujące. Major po raz kolejny udowadnia, że nie da się go przewidzieć, a scenariusze pisane są na żywo. Przed nami ostatnia faza grupowa, która zdecyduje o tym, kto dołączy do najlepszych i zagra na wielkiej scenie play-offów. To moment, w którym nie liczy się już ranking, rozstawienie ani opinie ekspertów – decydująca jest odporność, chłodna głowa i umiejętność udźwignięcia presji wtedy, gdy każdy błąd może być tym ostatnim.

W kolejnych dniach zobaczymy, kto naprawdę jest gotowy na ten ciężar. Kto wykorzysta swoją szansę, a kto obejdzie się smakiem. Tutaj nic nie jest pewne, a wszystko jest możliwe – najlepsze dopiero przed nami!

REKLAMA:
Reklama

Mariusz Cybulski

Wielokrotny mistrz świata w Counter-Strike'u 1.6, członek legendarnej Złotej Piątki. Trener i ekspert.

Zostaw komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Post navigation

Jeśli podobał Ci się ten artykuł, polecamy również: