Tuż przed jego trzecim Majorem w historii porozmawialiśmy z Rolandem “ultimatem” Tomkowiakiem – graczem Teamu Liquid. Polski snajper opowiedział nam nie tylko o drodze, którą musiał przejść, by dotrzeć do czołówki, ale przede wszystkim o ambicjach napędzających go do rzeczy wielkich.
– Podświadomie od dawna wiedziałem, że prędzej czy później nadejdzie moment, gdy dostanę szansę od zespołu ze światowej czołówki. Propozycja od Liquid nie była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Wyobrażałem to sobie. Wierzyłem w to. A przede wszystkim ciężko na to pracowałem – przyznaje ultimate.
Czy 21-latka na scenie CS-a wciąż można nazwać jeszcze młodym talentem?
Wiek w tym przypadku jest ważny, ale nie najważniejszy. Bardziej istotne jest to, w jakim momencie życia ktoś zaczął grać. Sam rozpocząłem przygodę z Counter-Strike stosunkowo późno. Pierwszy kontakt z grą złapałem, gdy miałem 13, może 14 lat. Zajawka nasiliła się trzy lata później i dopiero, gdy przekroczyłem 16 rok życia spędzałem przed kompem bardzo dużo czasu. Wydaje mi się więc, że przez to wciąż mogę nazwać się młodym talentem! Cały czas nie mam ogromnego doświadczenia.
Jak ważny w tej układance jest głód ciągłej nauki?
To cecha na tyle ważna, że nie powinna charakteryzować wyłącznie młodych-gniewnych. Każdy dobry gracz powinien nieustannie się uczyć i dążyć do rozwoju. W Teamie Liquid jestem otoczony starszymi i bardziej doświadczonymi zawodnikami i tę chęć w nich widzę. Nikt nie jest idealny. Nikt nie wie wszystkiego. Dobra drużyna funkcjonuje tak, że każdy z graczy może uczyć się od siebie wzajemnie. Wtedy wszyscy stają się faktycznie lepsi.
Jest w tobie jeszcze ten napędzany młodzieńczą iskrą dzieciak, który zachwycił pashę podczas Pasha Gaming Camp?
Od pamiętnego obozu minęło sporo czasu – trochę pograłem nie tylko w Liquid, ale też w innych drużynach. Typowy młodzieńczy głód napędzany chęcią tego, by przebić się dalej i wyżej jest już za mną. Nie zmienia się jednak jedno – lubię się uczyć i z każdym dniem, meczem czy treningiem chcę stawać się lepszy.
Dziś występujesz na turniejach obok największych zawodników na świecie i niejednokrotnie sprowadzasz do parteru gwiazdorskie nazwiska. Jak było jednak w przeszłości – czy jako CS-owy szczyl miałeś esportowe autorytety?
Jako dzieciak – gdy dorasta się, podglądając choćby s1mple’a – trudno nie mieć autorytetów. Zawsze podziwiałem też ZywOo, ale to pasha w czasach Virtus.pro zainspirował mnie najbardziej. Snajperzy zawsze mieli w sobie to coś. Po czasie wyzbyłem się jednak idoli. Nie lubię podziwiać konkurencji. Do graczy, których w przeszłości byłem wpatrzony, dziś wolę podchodzić z pozycji rywala, nie fana.
Rola snajpera była pisana ci od momentu, gdy zacząłeś bawić się Counter-Strike?
Od zawsze zależało mi na tym, żeby być dobrym w każdym aspekcie. Nie podobała mi się wizja świetnej gry ze snajperki bez innych podstaw Nie wyobrażam sobie rozkładania rąk na serwerze w momencie, gdy zabraknie mi na AWP. Właśnie dlatego zawsze pracowałem tak, by nigdy nie zaniedbać ani pistoletów, ani karabinów. Docelowo chciałem być jednak snajperem, bo podoba mi się rola gracza rotacyjnego. Lubię podejmować decyzję w oparciu o to, co dzieje się na mapie. Zdałem sobie z tego sprawę, gdy grałem jeszcze w podziemnej drużynie GVC. To wtedy stałem się nominalnym snajperem.
Czyli zadecydowała chęć większego wpływu na rundę i… artystycznego freestyle’u.
Poniekąd tak. Znam graczy, którzy świetnie odnajdują się w statycznych rolach, realizując te same zadania w tej samej przestrzeni. To też paradoksalnie może być wyjątkowe i twórcze, ale mi to nie odpowiadało. Zawsze chciałem mieć więcej wolności na mapie.
Snajperka w rękach gracza często predysponuje do tego, by zostać gwiazdą. Wspomniani już s1mple, ZywOo, pashaBiceps, ale też choćby m0nesy czy kennyS to udowadniają. To kusząca wizja w oczach gościa, który decyduje się pełnić rolę snajpera w drużynie?
Jasne, że to kusząca wizja. Na tym poziomie jednak dosłownie każdy dąży do tego, by zostać gwiazdą, zgarniać statuetki MVP i zdobywać uznanie fanów. Pozycja nie ma tu większego znaczenia. Gracze to pod tym względem egoiści, co w Counter-Strike’u jest piękne, bo pozwala przekraczać granice i dokonywać rzeczy niestworzonych. Wydaje mi się jednak, że – już w kontekście czysto snajperskim – dużo łatwiej było wykorzystać AWP do gwiazdorskich akcji w czasach Global Offensive. Wtedy człowiek był w stanie wygrywać mecze w pojedynkę samą snajperką. W CS2 nie jest to już takie oczywiste. Balans jest większy.
Kilka razy padła tu już ksywka pashy. Wierzysz, że gdyby nie szansa, którą wykorzystałeś na Pasha Gaminc Camp, udałoby ci się zwrócić na siebie uwagę większych graczy pokroju AGO?
Jasne, że wierzę. Tym bardziej, że nie dostałem tej „szansy” w prezencie. Musiałem zawalczyć o swoje – i to nie tylko na serwerze. Jako młody człowiek zdecydowałem się podjąć ryzyko, musiałem poprosić mamę o niemałe pieniądze na obóz, a następnie świetnie się na nim zaprezentować. Wygrałem, bo byłem najlepszy i wiem, że – jeśli nie na PGC – prędzej czy później udowodniłbym to w innym miejscu. Wychodzę z prostego założenia – jak nie drzwiami, to oknem.
Czym więc różniłeś się wówczas od innych szesnastolatków? W kolejce do drużyny w Polskiej Lidze Esportowej stała niekrótka kolejka.
Od małolata zawsze wyróżniałem się szeroko pojętym talentem. Dzięki temu szybciej się uczyłem, dostrzegałem istotne elementy rozgrywki i rozumiałem pewne zależności. Przy tym wszystkim indywidualnie naprawdę niewielu graczy w moim wieku mi wtedy dorównywało.
Talent jest bardzo ważny, ale jeśli nie jest podszyty ciężką pracą, można rozmienić go na drobne.
Talent jest ogromną przewagą na niższym poziomie. Pozwala przeskoczyć wiele etapów. Kiedy jednak wchodzi się do grona najlepszych drużyn, jego znaczenie spada niemal do zera. W czołówce granie jest stylem życia, a zawodnicy opierają na nim całą swoją przyszłość. Przez to wkładają ogrom energii w ciągłą naukę, co z czasem zyskuje dużo większe znaczenie niż jakaś „magiczna iskra”. Z talentem, ale bez pracy być może da się zajść wysoko, ale upadek na pewno będzie szybki i bolesny.
Gdy patrzę na twoją karierę, maluje mi się przed oczami podręcznikowy plan rozwoju. Od podziemnych drużyn, przez akademię, pierwszy profesjonalny zespół w Polsce, międzynarodowy skład… aż do Teamu Liquid. Ile było w tym spontanu, a ile realizowanej strategii?
Miałem dobrze przemyślany plan dotyczący tego, co zrobić, żeby stać się graczem na najwyższym poziomie. To faktycznie była w pewnym sensie strategia, którą nigdy jednak się nie dzieliłem, bo to mojemu rozwojowi miała służyć. Kolejne drużyny były po prostu wypadkową realizowanych celów sprawiających, że stawałem się coraz lepszym zawodnikiem. Najwięcej wątpliwości dotyczących przyszłości pojawiło się po okresie spędzonym w AGO Esports…
Dlaczego?
Dużo się wtedy nauczyłem i doceniam ten czas, ale życiowo nie było to dla mnie łatwe doświadczenie. Zawiodłem się, bo w drużynie zobaczyłem dużo rzeczy, które mi nie odpowiadały. Nauczyłem się wtedy, że nikt nie pomoże mi być lepszym graczem. Tylko ja mogę to zrobić, więc muszę w jeszcze większym stopniu stawiać na siebie. W AGO jeszcze tego nie wiedziałem i być może za bardzo ufałem bardziej doświadczonym kolegom. To właśnie wtedy w mojej głowa pękła bańka autorytetów. To wszystko przełożyło się na kiepskie wyniki indywidualne i późniejsze problemy w znalezieniu drużyny. Na szczęście każdy kolejny zespół pomógł mi się jeszcze bardziej odblokowywać.
Czy więc okres na polskiej scenie zajmuje jeszcze szczególne miejsce w twojej głowie, czy tempo rozgrywania międzynarodowych turniejów na szczycie sprawia, że łatwo o nim zapomnieć?
Ja o tych czasach nie zapominam i ostatecznie wszystkie te drużyny: Illuminar Gaming, PGE Turów Zgorzelec czy nawet AGO Esports – wspominam dobrze. Czasem lubię do tego etapu wracać – w dużej mierze przez zawodników, z którymi stworzyłem ważne i wartościowe relacje. Nie uciekam od FACEIT-ów ze starymi kolegami. Polskie ekipy są częścią mojej historii i zawsze już nią pozostaną.
W pewnym momencie zdarzyło się jednak to, do czego dążyłeś od dziecka. Pamiętasz jeszcze emocje towarzyszące angażowi w Teamie Liquid?
Pamiętam ten dzień dokładnie. Graliśmy oficjalny mecz w Illuminar Gaming. Mój kontrakt powoli dobiegał końca i nagle odezwał się menadżer. Wspomniał wtedy, że Team Liquid wyszedł z ofertą transferu i przede mną życiowa szansa. Szczegóły zostały szybko ustalone, po czym umówiliśmy się na video-calla z przedstawicielem organizacji. Podjąłem wtedy decyzję, że nie chcę zakładać maski, żeby za wszelką cenę zabłysnąć jako człowiek idealny. Stwierdziłem, że jeśli mają mnie zakontraktować, muszą poznać mnie takim, jakim jestem na co dzień. Okazało się, że mnie wzięli. Super sprawa.
To dojrzałe podejście. Mówisz jednak o bardzo analitycznych i strategicznych aspektach. Co dzieje się jednak w głowie gościa, który kończy mecz jako gracz Illuminar Gaming, a zaraz może przywdziać barwy Liquid?
Pewien stresik się pojawia, ale ten byłby na pewno dużo większy, gdyby nie przygoda w AGO Esports na ESL Pro League. Myślę, że doświadczenie tego turnieju zbudowało we mnie pewność siebie. Wiedziałem, że turnieje w barwach Liquid nie będą znacząco różnić się od tego, co wtedy przeżyłem. Nie szedłem w nieznane. Emocje są przy tym oczywiście duże, ale nie mogę powiedzieć o żadnej euforii. Podświadomie od dawna wiedziałem, że prędzej czy później nadejdzie moment, gdy dostanę szansę od zespołu ze światowej czołówki. Propozycja od Liquid nie była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Wyobrażałem to sobie. Wierzyłem w to. A przede wszystkim ciężko na to pracowałem.
Mimo wszystko twoje dołączenie od Liquid wywołało niemały medialny szum. Z jednej strony grono sympatyków i komentarze, że możesz być przyszłością sceny, a z drugiej niemała grupa podcinająca ci skrzydła.
Jokasteve z Liquid wspominał mi już podczas pierwszego spotkania, że burza w komentarzach będzie ogromna. Przygotował mnie na to, za co jestem mu bardzo wdzięczny. Na szczęście złożyło się tak, że tuż po transferze zaliczyłem kilka bardzo dobrych występów. Po trzech turniejach pojawił się jednak mały zjazd i dopiero po pewnym czasie ustabilizowałem formę, co jest zresztą naturalnym procesem. W tamtym czasie komentarze się nasiliły, ale przesadnie na mnie nie oddziaływały. Potrafię je czytać i nie brać ich do siebie.

A co ze słowami innych graczy? Twistzz mówił, że tylko niebo jest dla ciebie limitem. Jks powtarzał, że możesz być jednym z najlepszych. Wcześniej zachwalał cię pasha.
To bardzo miłe gesty, które znaczą bardzo dużo. Na komplementy trzeba jednak uważać tak samo, jak na zalew hejtu. One również nie definiują człowieka. Ktoś może powiedzieć, że mam zadatki na najlepszego na świecie, ale na koniec dnia to ja sam muszę włożyć pracę w to, by każdego dnia udowadniać to na serwerze. Gdybym zachłysnął się pięknymi słowami i za bardzo zapatrzył się w siebie – mógłbym szybko upaść. Co nie zmienia faktu, że lepiej czyta się o sobie miłe rzeczy niż morze hejtu.
Nie jest tajemnicą, że Team Liquid przed wystosowaniem oferty do ciebie miał na oku innych snajperów. Mogło się więc okazać, że będziesz graczem tymczasowym. A jednak dzisiaj jesteś zawodnikiem z drugim najwyższym stażem w zespole.
Wielu ludzi ma przeświadczenie o tym, że gdy dołącza się do drużyny pokroju Teamu Liquid – życie jest już ustawione. To nieprawda. Samo dołączenie do takiego zespołu nic nie znaczy. Wystarczy, że przez dłuższy czas grać słabo. W takim przypadku najlepsze organizacje zwolnią cię maksymalnie po trzech miesiącach. Utrzymanie się jest trudniejsze niż dotarcie do czołówki i teoretycznie każdy zawodnik może być “tym na przeczekanie”. To naprawdę przyjemne uczucie widzieć, że to nie ja jestem zmieniany w momencie roszad.
Tym bardziej, jeśli od zespołu odsuwani są gracze pokroju Twistzza, jksa czy YEKINDARA – gości, którzy na scenie znaczą naprawdę wiele.
Takie rozstania – szczególnie, gdy to nie gracz podejmuje decyzję o odejściu – zawsze są przykre. Ja stabilną pozycję w zespole wypracowałem nie przez samo granie, ale przez wszystko, co wnoszę do drużyny.
Wypracowałeś sobie w Liquid bezpieczną przystań?
Trudno powiedzieć – sam też w każdym momencie mogę zostać przesunięty na ławkę. Wydaje mi się, że na tym poziomie większość graczy ma w głowie myśl o tym, że nie są nietykalni. W organizacjach tier1 pojęcie bezpiecznej przystani nie funkcjonuje.
Obecność w drużynie pokroju Teamu Liquid generuje presję ciągłej konieczności bycia na szczycie?
Zdecydowanie. My po prostu musimy grać dobrze. Zawsze. Jeśli nie aspirujemy do tego, by stać się najlepszą drużyną na świecie, to nie powinniśmy być w Liquid. To organizacja, która lubi otaczać się najlepszymi zespołami i graczami w swoich dziedzinach.
Sam jednak jeszcze nie podniosłeś pucharu na turnieju. Czujesz podskórny głód triumfu, czy teraz – gdy panuje VRS – jako zespół bardziej patrzycie na krótkoterminowe zwycięstwa?
Oczywiście, że w końcu chcę wygrać turniej i podnieść puchar. Patrzę jednak na ten proces nieco inaczej. Dużo ważniejsze jest dla mnie zbudowanie zespołu, który puchary podnosić będzie regularnie. Wolę przepracować ten czas i zbudować fundamenty do tego, by dominować w przyszłości na wielu turniejach z rzędu, niż losowo zgarnąć jedno trofeum i potem przez długi czas znów za nim gonić. Przez pewien czas stopowały nas ciągłe zmiany i praca u podstaw, ale w końcu mogę powiedzieć, że sytuacja w drużynie się ustabilizowała.
Czyli dominacja w stylu Teamu Vitality, wczesnego Astralis czy – dajmy na to – Teamu Liquid, który zdobywał Intel Grand Slam?
To nasz cel. Mamy świetnych zawodników, odpowiedni sztab i warunki do tego, by stać się najlepszą drużyną świata. Teraz trzeba obudować to pracą, pracą i jeszcze raz pracą. Poza tym niczego nam nie brakuje.
Kolejnym wyzwaniem, które może was do tego przybliżyć, jest Major. Dla ciebie – po Austin i Szanghaju – to już trzeci turniej tej rangi. Idzie do tego przywyknąć, czy to, że zaraz wystąpisz na Mistrzostwach Świata, nadal generuje pewien dreszczyk ekscytacji?
Dreszczyk się pojawia. To w końcu najważniejszy turniej w roku. Przez cały sezon skupiam się na tym, żeby to właśnie na tę scenę wyjść najlepiej przygotowanym. Każdy turniej w roku służy temu, by nauczyć się czegoś, co sprawi, że na Majorze będzie można zabłysnąć. I to nie tylko moje przemyślenia. To realia sceny CS-a i marzenie każdego gracza.
Pierwsze Majory zapisały się w twojej pamięci wyjątkowo? Pytam szczególnie o debiut, który dla każdego jest pewnym punktem odniesienia.
Szanghaj wspominam bardzo dobrze. Wtedy faktycznie emocje były ogromne. Przed Majorem grałem nieco gorzej, a na BLAST World Finals w Singapurze nawet tragicznie. Na Majorze udało się jednak odpalić – RMR poszedł świetnie, Stage 1 rewelacyjnie, Stage 2 też bardzo dobrze, co poskutkowało awansem do play-offów. W nich – mimo przegranej z Teamem Spirit, czyli późniejszym mistrzem – również wypadłem nie najgorzej. Myślę, że z takiego debiutu mogę być dumny.
Majory to też naklejki, które generują wiele emocji wśród kibiców, jak i graczy.
Naklejka jest tym, o czym śnią wszyscy gracze. To symbol i pewne dziedzictwo, które zostawia się po sobie bezpośrednio w grze. Kiedy dostałem swoją pierwszą naklejkę też naturalnie się cieszyłem. Dziś zdarza się zresztą, że na FACEIT-ach zauważę kogoś z bronią ozdobioną moim nickiem i to bardzo przyjemne momenty.
To, że naklejki potrafią wygenerować całkiem przyzwoitą poduszkę finansowego bezpieczeństwa, też jest całkiem istotnym aspektem.
Pierwszy awans na Majora jest momentem, po którym gracz może przestać martwić się o bezpieczeństwo, skupiając się już całkowicie na graniu. Dzięki naklejkom kończy się gonienie za kolejnymi wypłatami. To pozwala odetchnąć i poczuć prawdziwą niezależność finansową.
Czym więc różni się Major w Budapeszcie od dwóch poprzednich?
Jako drużyna na pewno jesteśmy lepiej przygotowani niż przed Majorem w Austin. Chciałbym tego Majora wygrać i zostać MVP. Ale takie podejście mam przed każdym kolejnym turniejem. To dwa cele, które zawsze przyświecają mi przed rozpoczęciem rywalizacji.
Z jednej strony to oczywiste – jeśli chcesz rywalizować z najlepszymi, musisz być pewny siebie. Nie każdy gracz jest jednak w stanie spojrzeć w kamerę i powiedzieć, że należy mu się nie tylko puchar, ale i miano najlepszego z najlepszych.
Pewność siebie jest skuteczniejsza niż jej brak. Wolę skupić się na tym, by dążyć do bycia najlepszym, niż szukać wymówek związanych z tym, dlaczego jeszcze nim nie jestem.
Myślisz o wygranym Majorze, jak o pewnym symbolu? Masz w sobie coś z romantyka, który chciałby zapisać się na kartach historii esportu?
Powiem więcej. W świadomości ludzi chciałbym zapisać się jako najlepszy gracz Counter-Strike’a w historii. Na jednym wygranym Majorze skończyć więc nie mogę. Dążenie do czegoś innego jest niezgodne z moją naturą. Zrobię wszystko, by móc powiedzieć o sobie w przyszłości „GOAT”.


Zostaw komentarz