Dziś mija 12 lat od największego polskiego sukcesu na esportowej scenie Counter-Strike’a. W 2014 roku, przed własną publiką, Virtus.pro wygrało EMS One Katowice.
„Virtusomania”
Pamiętacie, co robiliście 16 marca 2014 roku? Dokładnie 12 lat temu. Ja przyznam, że nie. Nie interesowałem się wtedy Counter-Strikiem. Ba – nigdy wcześniej w niego nawet nie zagrałem. A jednak nie ma to znaczenia wobec świadomości, jak wielką wagę miały ówczesne wydarzenia z katowickiego Spodka. Bo o wygranym finale EMS One Katowice 2014 Virtus.pro z Ninjas in Pyjamas mówiło się latami. I mówi się nadal. Może już bardziej ze względu na sentyment i romantyzm, ale jednak. Nikt o tym nie zapomniał.
W historii konkretnych dyscyplin, my, jako Polacy, mamy swoje ulubione momenty. EURO 2016 kadry Adama Nawałki, wygrane przez Roberta Kubicę Grand Prix Kanady 2008, skok Adama Małysza w Willingen i wiele, wiele innych. Dla CS-owych kręgów tym są Katowice 2014. Wydarzenie, które zapoczątkowało „virtusomanię” i spopularyzowało Counter-Strike’a w Polsce na skalę wcześniej nieznaną.
Do dziś wielu polskich zawodników wspomina, że to Katowice zainspirowały ich do poważniejszej gry w CS-a. Że ówcześni gracze VP są lub byli ich idolami. Sam swoje czasy gimnazjalne, który przypadły na lata krótko po EMS, wspominam głównie z maniakalnego wręcz grania w CS-a, poznawania dzięki temu mnóstwa ludzi i złapania bakcyla, który został do dziś. I może bezpośrednio Virtusi nie wpłynęli na mnie, ale na pewno na osoby, które do samej gry mnie potem przekonały.
Droga Virtus.pro do finału
EMS Katowice 2014 był po prostu ikonicznym turniejem – takim, który już nigdy się nie powtórzy. Drugi Major w historii CS:GO, na zupełnie innych zasadach od obecnych. W rozgrywkach brało udział jedynie 16 zespołów, które podzielono na cztery grupy. W każdej z nich drużyny rozgrywały mecze w formacie BO1. Dwie wygrane dawały awans; dwie porażki oznaczały eliminację. Szybka piłka.
Hierarchia na scenie była wtedy zupełnie inna, a Virtus.pro wcale nie uchodziło za faworyta do wygrania w Spodku. W swojej grupie Polacy mieli Titan, HellRaisers oraz mousesports.
Mecz otwarcia z HR był bardzo wyrównany i gdyby Polacy go przegrali, nie można byłoby mówić, że stało się to niezasłużenie. Niewiele osób pamięta, ale samo spotkanie zaczęło się od ace’a w pistoletówce w wykonaniu Emila „kUcheRa” Akhundowa. Virtusi dość szybko się odbili, uzyskując duże prowadzenie już w pierwszej połowie. W drugiej prowadzili nawet 15:10, a ale HR doprowadziło do dogrywki.
To był świetny występ Jarosława „pashyBicepsa” Jarząbkowskiego, który wyratował drużynę w kilku ważnych momentach. W dogrywce też zapewnił kilka takich zagrań i finalnie VP zaczęło turniej od wygranej.
W drugim spotkaniu, a zarazem meczu a awans, Polacy spotkali się z Titan. Tu – ku sporemu zaskoczeniu – rywalizacja była bardzo jednostronna. Virtus.pro wygrało 16:7 i wyszło do play-offów. Dwie pojedyncze mapy i tyle – byłeś w fazie pucharowej. Tak kiedyś funkcjonowały Majory.
Ćwierćfinał przeszedł kompletnie bez echa. Virtusi zmietli z planszy LDLC, dając Francuzom jedynie 11 punktów na dwóch mapach. W półfinale polska ekipa wpadła na LGB, które było wtedy drugim najmocniejszym zespołem ze Szwecji. Olof „olofmeister” Kajbjer, Dennis „deniis” Edman, Freddy „KRIMZ” Johansson czy Simon „twist” Eliasson. Same legendy, a co bardziej szokujące, KRIMZ i twist nadal pozostają przecież aktywnymi graczami na scenie. Po 12 latach od EMS One Katowice!
Półfinał z LGB był kolejnym masterclassem „pashy”, jednak o wygranej Niedźwiedzi przesądził przede wszystkim bardzo równo zagrany Train – decider w całej serii. Bowiem Polacy przegrali Mirage’a, który był ich wyborem i zdecydowanie najlepszą mapą w wachlarzu VP w tamtym momencie. Przegrana mapa z LGB była zresztą jedyną porażką Virtusów na EMS Katowice.
Finał: Virtus.pro – Ninjas in Pyjamas
Zestawienie finału w Spodku sprawiało, że był to final przez duże „F”. Virtusi spotkali się w nim z Ninjas in Pyjamas – najlepszą drużyną świata w tamtym okresie. NIP chcieli Majora; oni go potrzebowali, by jasno potwierdzić swoją renomę. Zawsze rozpatrywano ich w roli faworytów i wydawało się, że w Katowicach stanie się to, co Szwedom zostało wręcz przeznaczone.
Nie ma sensu analizować tego meczu runda po rundzie, bo robiono to już dziesiątki razy. Powiedzmy sobie też szczerze – to nie jest finał Majora, który zapisał się w historii ze względu na swój poziom czy zaciętość. Zdecydowanie były lepsze od tego z 2014 roku.
Ale dla nas, Polaków, ten mecz to coś innego i jego percepcja jest unikatowa. Janusz „Snax” Pogorzelski i jego „sneaky-beaky” na Mirage’u. Filip „NEO” Kubski z clutchem na decydującym Inferno. Nagrania Teamspeaka, które obleciały YouTube’a już chyba tysiące razy. Tak jak Adam Mickiewicz podzielił Dziady na części, tak mecz Virtusów z NIP na EMS One Katowice 2014 też miał swoje konkretne akcenty i etapy. A ich finalny efekt? Wygrana Polaków w Spodku.
12. rocznica podłożenia kamienia węgielnego pod polską scenę Counter-Strike’a. 12 lat od meczu, który być może został już zakorzeniony nawet w głowach kolejnego pokolenia. Wokół tego zwycięstwa powstało już tyle materiałów, wspominek i kompilacji, że nie sposób zebrać to w całość. Tworzono już nawet filmy na kształt dokumentalnych. Katowice 2014 to nie tylko zarażenie ogromnej grupy zajawką na CS-a, ale również uświadomienie całemu społeczeństwu, jak wielki stał się esport.
Tak – 16 marca to na pewno wyjątkowa data w historii polskich sportów elektronicznych. Jeśli wzięło was dziś na sentymenty, to jak najbardziej jest to właściwy dzień na przypomnienie sobie, czym żył Spodek dokładnie 12 lat temu.


Zostaw komentarz