Dla gracza szansa, by wyryć swoje imię na kartach historii gry, dla drużyn potężna fala przychodu, pokrywająca wszystkie wcześniejsze inwestycje. Majorowe naklejki były jednym z najistotniejszych elementów ekonomii na pro scenie, jednak w obliczu zmian przed Majorem w Kolonii wiele się w tej materii zmieniło.
Kontekst
Przez przeszło dekadę ekosystem finansów wokół Majora zataczał dobrze przemyślany krąg. Naklejki drużyn i graczy zdobywało się poprzez otwieranie turniejowych kapsułek. Fani nie wiedzieli, czy i kiedy uda im się zdobyć pożądaną naklejkę – najczęściej więc kończyło się na otwieraniu kilku (nastu, dziesięciu, set) pojemników. Każdy kosztował kilka złotych, co w zastraszającym tempie napędzało pulę finansową. Następnie, Valve dzieliło ją pomiędzy siebie i drużyny uczestniczące w turnieju. Na koniec, do organizacji i zakontraktowanych zawodników należała kwestia rozstrzygnięcia podziału przyznanej zespołowi części wpływów. Tak wyglądało to na przeszło 20 turniejach rangi Major. Tuż przed startem eventu w Kolonii, Valve zmieniło zasady finansowej gry.
W dużym skrócie: naklejki kupowane są poprzez majorowy sklep wewnątrz gry. Kredyty można zdobyć poprzez postęp w turniejowym pickemie, bądź kupić za środki na platformie Steam. Koszt naklejek dynamicznie się zmienia, w zależności od popytu (co miało w późniejszym czasie zapewnić wysoką wartość naklejek najlepszych drużyn i graczy). Zyski z zakupionych kredytów, jak i przepustek turniejowych był potem dzielony w następujący sposób:
- 50% – Valve
- 5% – Organizator turnieju
- 45% – drużyny.
Te 45 procent rozbijało się dalej, w zależności od miejsca w rankingu VRS i zajętego na Majorze miejsca. Zwycięzca turnieju w Kolonii miał zainkasować 2,85%, najsłabsze zaś zespoły 0,72%. Uff, sporo tego wszystkiego… ale jaki to ma efekt dla każdej z zainteresowanych stron?
1. Drużyny
Było pięknie i coś się niewątpliwie skończyło. Drużyny bazowały sporą część swojego budżetu na przychodach z tytułu naklejek. W obszernym artykule, opublikowanym na HLTV, organizacje występujące w pierwszej i drugiej fazie Majora w Kolonii, raportują przychody na poziomie odpowiednio: 60 i 120 tysięcy dolarów. Dla porównania, na konto drużyn walczących w fazie pretendentów podczas grudniowego czempionatu w Budapeszcie wpadło 600 tysięcy dolarów. To właśnie organizacje grzmią najgłośniej. Straciły fundament, na którym budowane były wszystkie operacje. Obecna sytuacja może sprawić, że część dobrze znanych nam drużyn wpadnie w poważne tarapaty finansowe. Albo więc przestaną istnieć, albo staną się słupem reklamowym w bolesnej walce o przetrwanie.

2. Gracze
Pierwotny model miał jeden problem: podział pomiędzy organizacją i zawodnikiem to ich… problem. Niektórzy wychodzili na tym całkiem nieźle, inni (gracze, oczywiście) niekoniecznie. Nowy system przyszedł do nas wraz z odgórnym założeniem Valve, że drużyna dzieli się z zawodnikami na bazie modelu 50-50. Oczywiście, biorąc pod uwagę dysproporcję skali przychodów, nawet i taki model nie pozwoli zawodnikom wycisnąć z naklejek tyle, co kiedyś. Pozostaje im jednak pensja, bonusy, turniejowy prize pool i być może najważniejsze – własny nick w grze.
3. Valve
Pan Maruda. Po co zmieniać coś, co świetnie działa i przynosi krocie nie tylko organizacjom, zawodnikom, ale przede wszystkim wydawcy gry? Główne przyczyny chyba są dwie. Po pierwsze, prawo. Valve coraz częściej dźgane jest z różnych stron przez podmioty chcące ukrócić hazardową stronę Counter Strike’a. Choćby w tym roku Prokurator Generalny stanu Nowy Jork pozwał Valve za nielegalną promocję hazardu w grach wideo, popularnych wśród dzieci i młodzieży.
Druga sprawa to zarobek. Valve w nowym systemie dostaje 50%, to jasne. Natomiast cała mechanika dynamicznych cen i popytu sprawia, że spora część naklejek będzie po prostu bajońsko droga, za co potem można będzie kasować prowizję na rynku. Istnieje duża szansa, że to kolejny, drobny element ekonomicznej gry ze strony Valve (podobnie jak wymiana pięciu czerwonych skórek na nóż lub rękawiczki). Co jak co, ale w zarabianie potrafią jak mało którzy.

Podsumowanie
Jaki z tego morał? Najprawdopodobniej amerykańskie studio zabezpiecza się przed trudami sądowych batalii, co mocno uderzyło we wszystkich, którzy z Majora uczynili esportowe, ale i finansowe święto. Teraz każda drużyna, ścięta z nóg, będzie musiała się nauczyć chodzenia na nowo. Zasady ekonomicznej gry bardzo się zmieniły i pytanie, jak wiele organizacji temu zadaniu podoła.


Zostaw komentarz