Mrozku przed finałem Rift Legends w Łodzi opowiada o najtrudniejszym splicie w tym roku, rywalizacji z Decayem i ambicjach na EMEA Masters. Midlaner Bomba Teamu zdradza też, że coraz mocniej myśli o przyszłości poza Polską, a zainteresowanie jego osobą mają wykazywać drużyny z zagranicznych lig.
Sobotni finał będzie już szóstym finałem w twojej karierze. Do tej pory udało ci się wygrać tylko jeden, a w dodatku tamto mistrzostwo zdobyliście online. Jak ważna jest dla ciebie możliwość wygrania tytułu tym razem na LAN-ie?
Ciężko mi odpowiedzieć za chłopaków, ale kiedy grałem wcześniej w FMS-ie, podchodziłem do tego bardzo poważnie. Wiadomo, jest fanbase, dużo ludzi ogląda i tak dalej. Teraz jednak nie czuję, żeby ten finał jakoś bardzo różnił się dla mnie od wintera.
Nie mam czegoś takiego, że wygranie na LAN-ie będzie spełnieniem moich marzeń. Po tym splicie i po tym, jak pracowałem przez cały rok, zacząłem już bardziej myśleć o przyszłości. Nie tylko o wygraniu mistrzostwa Polski, ale na przykład o zwycięstwie w jakimś większym ERL-u czy nawet w LEC.
Oczywiście chcę wygrać, ale nie jest tak, że jeżeli przegram finał w Polsce, to będzie dla mnie koniec świata. Zdecydowanie bardziej skupiam się już na EMEA Masters.
O EMEA Masters jeszcze porozmawiamy, ale chciałbym zostać przy krajowych rozgrywkach. Czy czujesz, że w tym sezonie zdobycie mistrzostwa Polski jest trudniejsze niż wcześniej? Czy poziom jest podobny, bo również w poprzednich splitach Forsaken czy Barcząca stawiały poprzeczkę wysoko?
Na pewno ten sezon jest najtrudniejszy. W pierwszym splicie mieliśmy Forsaken ze streamerskim składem. Była też Barcząca, ale przez ich topside nie patrzyliśmy na nich wtedy jako na jakieś ogromne zagrożenie. Wiadomo, grali tam mocni zawodnicy, Agresivoo czy Mikusik, ale on nie był jeszcze aż tak doświadczony.
Patrząc też na to, o czym ostatnio mówił Nahovsky w kontekście trenerów, nie miałem wtedy praktycznie żadnych obaw związanych z Barczącą. To nie było nawet podobne zagrożenie do tego, z czym mierzyliśmy się później. Tak naprawdę myślałem głównie o Forsaken.
Do tego matchup na midzie był dla mnie znacznie łatwiejszy. Wiedziałem, że jeżeli sam zagram dobrze, to będę w stanie poprowadzić nas w finale. Można powiedzieć, że był to trochę „free finał” i „free split”.
W kolejnym splicie pojawiły się już większe problemy wewnątrz drużyny. Można powiedzieć, że pojawiło się pewnego rodzaju wypalenie i mniejsza chęć do wspólnej gry. Wtedy graliśmy jeszcze z Gulim. Mimo wszystko do momentu LAN-a nie wyglądało to źle.
Dopiero w finale było czuć większe problemy. Natomiast jeżeli chodzi stricte o gameplay, obecny split jest zdecydowanie najbardziej stacked.
Doszło chociażby Devils.one, które finalnie okazało się totalną klapą, ale jeżeli spojrzysz na same profile zawodników i widzisz, że taka drużyna robi top 4, nawet mimo słabszych dni, to świadczy to o tym, że poziom ligi musiał pójść do góry.
Mam też wrażenie, że w tym splicie nastąpił największy rozwój drużyn. Chociażby przez streamy Nahovsky’ego ludzie zaczęli zwracać większą uwagę na swoje błędy. Były też review z Inspiredem, które zawodnicy mogli podglądać. Ja sam prywatnie w tym splicie pracowałem z Tracynem. Zdecydowanie czuć różnicę poziomową względem poprzednich splitów.
Dlatego jestem też trochę zdziwiony, że Forsaken dostało się do finału, i to jeszcze po tym, jak pokonali nas w górnej drabince. Jeżeli miałbym wskazać największe zaskoczenie sezonu, to właśnie ich awans do finału.
Patrzyłem na ich mecze w sezonie zasadniczym przeciwko słabszym drużynom i nawet tam zdarzały im się słabsze gry. Kiedy sami na nich graliśmy, miałem poczucie, że jesteśmy bardzo blisko awansu do finału.
W trzeciej grze mocno się wywaliliśmy, ale nadal miałem w głowie: „Dobra, będzie luz”. Później przyszła czwarta mapa i zrobił się totalny chaos. Akurat tę mapę, jeżeli chodzi o przygotowanie, zagraliśmy słabiej, ale kiedy później ją oglądaliśmy, widzieliśmy też sporo błędów po naszej stronie.
Tak naprawdę wszystkie te gry, poza czwartą, wydawały mi się dosyć „free”. W czwartej po raz pierwszy czułem, że Forsaken rzeczywiście robi coś lepiej od nas. A mimo tego cała seria skończyła się ich reverse sweepem i wynikiem 3:2. Byłem naprawdę zaskoczony.
Później obawiałem się trochę meczu z Lodis, ale finalnie poszło nam dość luźno.
Myślę, że nie tylko ty obawiałeś się wtedy Lodis. Po ich zwycięstwie 3:0 nad Devils.one i waszej porażce po reverse sweepie w górnej drabince pojawiało się dużo głosów, że to właśnie Lodis może teraz wygrać. Czy czułeś, że był to dla was najtrudniejszy mecz tego splitu? Nie tylko pod względem poziomu, ale również mentalnie – trochę jak „mały finał”, po którym wiedzieliście, że jeżeli pokonacie Lodis, to w samym finale powinno być już dobrze?
Jeżeli chodzi o Polskę, to zdecydowanie był to dla nas najtrudniejszy mecz – zarówno mentalnie, jak i gameplayowo.
Wydaje mi się, że Lodis jest lepsze od Forsaken jako drużyna. Nie wiem, czy powiedziałbym, że są od nich lepsi indywidualnie, ale zespołowo na pewno. Robią lepsze rzeczy na mapie i trzeba przeciwko nim być bardziej skupionym. Jest tam więcej rzeczywistego macro. Kiedy graliśmy na Forsaken, miałem raczej poczucie, że sami potykamy się o własne nogi.
Jeżeli chodzi o Polskę, to powiedziałbym, że najtrudniejszy mecz mamy już za sobą. Nie mówię tutaj oczywiście o EMEA Masters, bo tam na pewno będzie jeszcze ciężej, będzie więcej stresu i sporo będzie zależało też od formatu oraz tego, jak potoczy się losowanie. Jeżeli jednak chodzi o Polskę, to najbardziej obawiałem się właśnie Lodis. Po pierwsze ze względów gameplayowych, a po drugie przez fanbase.
Pamiętam LAN we Wrocławiu podczas Wintera, kiedy graliśmy Bomba kontra Forsaken i wygraliśmy 2:1. Mimo że po tej serii byłem chwalony i ludzie mówili, że zagrałem bardzo dobrze, to nie czułem się komfortowo. Przez cały czas słyszałem z trybun: „Forsaken, Forsaken”. To po prostu nie jest mój comfort zone.
Czyli jesteś jednym z tych zawodników, którzy wolą mieć publikę za sobą, a nie przeciwko sobie?
Tak, zdecydowanie. Mimo że po wynikach w FMS-ie może nie było tego widać, to nadal uważam, że szczególnie w Krakowie byliśmy bardzo blisko zwycięstwa.
Tam moim zdaniem zadecydował przede wszystkim draft diff. Nie weszliśmy dobrze draftowo w tę serię, a później jeszcze bardziej się w tym pogubiliśmy. Mam poczucie, że tę serię oddaliśmy sami. W Łodzi było już inaczej. Tam rzeczywiście było czuć, że przeciwnicy są lepsi. Najprawdopodobniej duży wpływ miała na to praca Nahovsky’ego z nimi.
Można powiedzieć, że z czasem przeszedłem pod względem grania przeciwko publice pewien character development.
Chciałbym wrócić do twojego pierwszego finału w karierze. W marcu 2022 roku przegrałeś 0:3 z Rogue. Co dzisiejszy Adrian powiedziałby tamtemu Mrozkowi? Jak zmieniło się twoje nastawienie i mental od tamtego czasu?
Pewnie powiedziałbym mu: „Adrian, nie przejmuj się. Za kilka lat będziesz trzymał Sinmivaka z dala od finałów”.
Oczywiście prześmiewczo, bo bardzo się z Sinmivakiem lubimy. Ostatnio nawet żartowaliśmy, że przez to, że kiedy miałem 17 lat, dostałem od niego 0:3 w finale, to teraz, cztery czy pięć lat później, ja gatekeepuję go od kolejnych finałów. Najpierw, kiedy grał w Forsaken, był ten reverse sweep, a teraz znowu spotkaliśmy się, kiedy grał w Lodis. Jest w tym coś zabawnego.
Tamte czasy były jednak zupełnie inne. Wtedy tak naprawdę wygrywało się przede wszystkim dlatego, że dobrze klikało się mechanicznie. Rogue było po prostu bardzo trudne do przejścia, szczególnie jeżeli nie weszło się dobrze w pierwszą mapę.
Liga była wtedy też trochę bezpłciowa, bo praktycznie od początku było wiadomo, że AGO będzie wygrywać. Jedyny finał, który AGO wtedy oddało, był chyba przeciwko Z10, kiedy Nite nie przyjechał na czas i przez pierwsze dwie gry musieli grać ze zmiennikiem na midzie. AGO było wtedy zdecydowanie ponad resztą polskiej ligi. Bardzo ciężko było znaleźć drużynę, która mogłaby się im realnie przeciwstawić.
Chciałbym jeszcze zapytać o twojego rywala ze środkowej alei w sobotnim finale. Odkąd Decay jest w lidze, nie wygrałeś przeciwko niemu żadnej serii. Sam mówiłeś ostatnio, że jest filarem swojej drużyny. Czego mógłbyś się od niego nauczyć?
Wydaje mi się, że przede wszystkim grania bardziej pod siebie na niektórych championach. On jest w tym bardzo dobry.
Kiedy gra na side’ach, bardzo rzadko zdarza się, żeby nagle zmienił swój plan tylko dlatego, że drużyna robi coś po drugiej stronie mapy. Nie daje się tak łatwo mind controlować teamowi, żeby teleportować się do jakiejś akcji i samemu na tym tracić. Potrafi dalej grać pod siebie i konsekwentnie ładować w siebie golda.
To jest coś, czego zabrakło mi chociażby w meczu Viktorem przeciwko Lodis. Przez większość gry grałem bardzo mocno pod siebie. W pewnym momencie poszedłem na topa i mieliśmy robić cross mapę. W mojej głowie plan był prosty: ja biorę tier 1 na topie, a w zamian oddajemy tier 1 na bocie. Wtedy jednak Frajgo podszedł pod wieżę, dostał ulti od Mega Gnara i zaczęli go dive’ować. Uznałem, że się tam teleportuję.
I wiem, że Decay prawdopodobnie by tego nie zrobił. Powiedziałby sobie: „Unlucky, mój team popełnił błąd”, zostałby na topie, dalej brał zasoby i ładował golda w siebie z myślą, że później sam będzie w stanie wygrać grę.
To jest chyba największa różnica między nami. Nie uważam, żebym odstawał od niego pod względem mechaniki, teamfightów czy laning phase’u. Kiedy ostatnio przeciwko niemu graliśmy, byłem w stanie solo killować go na linii w różnych matchupach. Problem pojawiał się później. W piątej grze to ja w pewnym momencie puściłem kierownicę, a w trzeciej zrobiliśmy to jako drużyna.
Czy trudno jest nauczyć się takiego podejścia do gry, jakie prezentuje Decay?
Wydaje mi się, że to bardzo zależy od sytuacji. Czasami powinieneś się teleportować, a czasami zdecydowanie nie. Najważniejsza jest dyscyplina. Na pewno znalazłbym również mecze, w których Decay zrobił teleport, którego nie powinien robić. Po prostu jemu takie sytuacje zdarzają się rzadziej, szczególnie kiedy gra championami takimi jak Viktor czy Azir.
Być może u mnie wynika to też z tego, że na scrimach nie gramy aż tak dużo tego typu postaci. To jest trochę podobny playstyle do Yone’a. Grając Yone’em, też często nie powinienem teleportować się do każdej akcji, tylko dalej ładować zasoby w siebie. Dlatego nie powiedziałbym, że jest to coś szczególnie trudnego do nauczenia. Trzeba przede wszystkim cały czas o tym pamiętać i zachowywać odpowiednią dyscyplinę.
Wiadomo, często mówi się, że drużyna powinna podążać za jednym callem, ale w takim przypadku to niekoniecznie jest kwestia calla. Czasami inni gracze po prostu podejmują akcję w momencie, w którym ja powinienem dalej ładować golda w siebie, bo jestem głównym carry w danej kompozycji.
Ciężko mi też jednak jednoznacznie oceniać Decay’a, bo nie oglądam jego gier z jego perspektywy. Jeżeli już go widzę, to przede wszystkim na oficjalnej transmisji. Nie wiem więc, czy może na przykład lepiej komunikuje pewne rzeczy albo nauczył się czegoś, czego ja jeszcze nie mam. Być może też coś takiego istnieje.
Nie chcę jednak tego overthinkować. Graliśmy przecież przeciwko Decay’owi również finał LPL’a przed tym splitem i wygraliśmy 3:0. To nie jest więc tak, że jest jakimś final bossem, którego nie da się przejść. Patrzę na niego raczej jak na bardzo stabilnego zawodnika. Niezależnie od tego, w jakiej drużynie się znajdzie, będzie prezentował solidny poziom i później zawsze wniesie coś do teamfightów. To po prostu bardzo stabilny gracz.
Przejdźmy do EMEA Masters. Jakie jest nastawienie w Bombie przed tym turniejem? Czy zawodnicy nadal mają dużą motywację, żeby pokazać się na arenie europejskiej? Czego można się po was spodziewać?
Nie chciałbym pompować balonika. Po ostatnim EMEA Masters trochę spadła nasza nadzieja, szczególnie po tym, jak przegraliśmy z drużyną z Grecji. Tamten turniej ogólnie był dla nas bardzo ciężki.
Teraz jednak graliśmy scrimy na drużynę, która dostała się na EMEA z LES, a my zrobiliśmy na nich 2:2. Nie powiedziałbym więc, że istnieje jakiś gigantyczny diff pomiędzy nami a zagranicznymi drużynami, ale nadal zdecydowanie widać różnicę względem tych najlepszych ekip. Problem polega na tym, że nie mamy regularnie dostępu do bardzo mocnych scrimów. Przez to ciężko jednoznacznie ocenić, gdzie naprawdę jesteśmy.
Indywidualnie mam poczucie, że mamy bardzo dobrych zawodników. Kiedy patrzę na solo linie, na junglera czy na możliwości grania pod bota, to wydaje mi się, że możemy mieć dzień, w którym wygramy z naprawdę mocnym zespołem. Z drugiej strony możemy też mieć dzień, w którym przegramy na papierze ze słabszą drużyną. Sam więc do końca nie wiem, czego się po nas spodziewać, bo nie wiem też dokładnie, czego spodziewać się po rywalach.
Bardziej niż o przewidywania pytam o motywację. Czy EMEA Masters to dla was tylko turniej do „odbębnienia”, czy rzeczywiście jest na nim duże skupienie?
Nie, zdecydowanie nie jest to turniej do odbębnienia. Jeżeli chodzi o moich teammate’ów, to mam wrażenie, że obecnie trochę mocniej skupiają się na finale w Polsce. Tak przynajmniej odbieram ich nastawienie.
Jeżeli chodzi o mnie, głową jestem bardziej na EMEA Masters. Jednocześnie na pewno każdemu zależy. Szczególnie że to summer split, a EMEA Masters po summerze jest zdecydowanie najważniejszym turniejem ze wszystkich w sezonie.
Jeżeli ktoś nie miałby motywacji, żeby dobrze się tam pokazać, to właściwie po co w ogóle grać? Jeżeli występujesz w polskiej lidze, to oczywiście fajnie jest ją wygrać, ale później trzeba też pokazać coś na arenie europejskiej.
Samo wyjście z grupy daje zawodnikowi bardzo dużo. Może mieć znaczenie przy szukaniu następnej drużyny, przy zainteresowaniu ze strony innych organizacji czy nawet sponsorów. Jest też oczywiście kwestia fanów.
Pamiętam, kiedy wyszliśmy z grupy jako FMS. Wokół drużyny zrobił się wtedy ogromny hype. Później trafiliśmy na BK ROG i przegraliśmy 1:3, ale przynajmniej nie było to 0:3. To był też zupełnie inny projekt niż obecna Bomba.
Wtedy rzeczywiście cała Polska mocno żyła tym występem. Teraz również każdy czeka na jakiś sukces polskiej drużyny na EMEA Masters.
Tak. Ostatnio było pod tym względem ciężko. Z drugiej strony format też trochę się zmienił i samo wyjście z grupy nie ma już dokładnie takiego znaczenia jak kiedyś. Mam też wrażenie, że drużynom bardzo ciężko jest rozwijać się w Polsce. Nie chcę powiedzieć wprost, że mamy słabe coaching staffy, ale takie jest trochę moje odczucie.
Wiadomo, są wyjątki. Słyszałem chociażby, że Nahovsky chwalił niektórych trenerów. Behave’owi również na pewno bardzo zależy i cały czas się rozwija.
Natomiast ciężko porównywać Behave’a do Nahovsky’ego czy innych bardzo doświadczonych trenerów. Nahovsky ma już tyle doświadczenia, że wie, wokół czego trzeba pracować z drużyną, żeby rzeczywiście stawała się lepsza. Nie wiem, czy obecnie w Polsce jest choć jedna drużyna, która ma coaching staff na takim poziomie.
Wiem, że w esportowym LoL-u ciężko cokolwiek długoterminowo planować, bo Riot może opublikować jednego tweeta i nagle wszystko się zmienia. Jak Mrozku widzi jednak rok 2027? Jakie masz cele i co chciałbyś, żeby wydarzyło się w twojej karierze?
Dużo zależy od tego, jak pójdzie nam teraz na EMEA Masters. Jeżeli dobrze się pokażemy, być może pojawi się możliwość dalszego rozwijania tej drużyny. Gdyby Bomba znalazła dodatkowego sponsora, może udałoby się zatrudnić kogoś takiego jak Nahovsky i stworzyć naprawdę mocny projekt również na kolejny rok. To jest jedna z możliwości.
Druga opcja to oczywiście wyjście poza Polskę. Rozmawiałem już z agentem i przez to, jak obecnie wygląda moje solo queue oraz jak idzie mi w Rift Legends, słyszałem, że są zainteresowane mną drużyny. Czy to z Hiszpanii, czy z LFL-a. Słyszałem nawet, że może pojawić się możliwość rozmowy z jakąś drużyną z LEC-a. Wiadomo, raczej nie będzie tak, że nagle prosto z Rift Legends wejdę do LEC-a, ale sama możliwość takiej rozmowy jest już czymś bardzo pozytywnym.
Dlatego na 2027 rok widzę dwie główne opcje. Albo ponownie bardzo mocny projekt w Polsce, najprawdopodobniej związany z Bombą, albo szukanie czegoś za granicą i dalszy rozwój w innym środowisku.
Może na przykład Omon trafi do LEC-a. Kończy mu się kontrakt i dobrze się pokazywał. Pojawiały się też wcześniej pogłoski, że kiedy Fiesta trafiał do Vitality, Omon był brany pod uwagę. Gdyby więc zwolniło się gdzieś miejsce, może pojawiłaby się możliwość jakiegoś reunionu z Harpoonem w Galions.
Harpoonowi oczywiście też życzymy LEC-a.
Oczywiście. Harpoon zdecydowanie jest jednym z zawodników, których można brać pod uwagę w kontekście LEC-a.
Nie pamiętam jednak, żebym słyszał jakieś konkretne informacje, że już teraz miałby tam trafić. Możliwe że mimo wszystko będzie musiał spędzić jeszcze jeden rok w ERL-u.
Z drugiej strony w Galions na pewno nie ma źle. Oczywiście fajnie byłoby zobaczyć go w LEC-u, bo moim zdaniem na to zasługuje. Jeżeli jednak zostałby jeszcze w ERL-ach, a na przykład Omon odszedłby do LEC-a albo gdzieś indziej, to mogłyby pojawić się różne możliwości.
Ciężko cokolwiek przewidywać. Offseason w League of Legends wygląda tak, że wszystko może zmienić się właściwie z tygodnia na tydzień.


Zostaw komentarz