StarLadder Budapest Major 2025

Kurz opadł, fakty zostały – wnioski po Majorze w Budapeszcie

Strona główna » Kurz opadł, fakty zostały – wnioski po Majorze w Budapeszcie

Emocje już opadły. Major w Budapeszcie dobiegł końca. Zwroty akcji i piękne historie ustępują miejsca chłodnej ocenie. Przyjrzyjmy się temu turniejowi ponownie przez pryzmat faktów – co naprawdę pokazał i kogo zweryfikował. Oto pięć najważniejszych wniosków z mojej perspektywy.

Król jest tylko jeden

Vitality zakończyło ten rok z przytupem, zgarniając najważniejsze trofeum. Drugi wygrany Major z rzędu, a czwarty dla apEXa w całej karierze. Francuska organizacja udowodniła, że ten rok bezsprzecznie należał do niej. Dołączyła do elitarnego grona drużyn, którym udało się obronić tytuł. Pierwsza połowa sezonu była dla graczy Vitality wręcz perfekcyjna – siedem wygranych turniejów z rzędu zwieńczone triumfem w Austin. Druga, mimo wciąż imponującej stabilności, stała pod znakiem poszukiwania jakości z pierwszej części sezonu.

Tę jakość odnaleźli dokładnie wtedy, gdy była najbardziej potrzebna. Vitality grające tak jak w Budapeszcie nie ma sobie równych. 

REKLAMA:
Reklama

ZywOo dopisał kolejny tytuł MVP, choć w mojej opinii – patrząc przez pryzmat najważniejszych meczów turnieju – na to wyróżnienie w pełni zasłużył również ropz. Zarówno w półfinale, jak i samym finale był najbardziej wyróżniającą się postacią. Na Overpassie, który zamknął to spotkanie Robin rozegrał swoją najlepszą indywidualnie mapę w karierze! Niesamowite zawody rozegrał również mezii. Brytyjczyk był w tym starciu filarem Vitality, a Inferno, na którym był wyróżniający odebrało resztki sił ekipie FaZe Clan.

Vitality w pełni zasłużenie stanęło na najwyższym stopniu podium, a tytuł drużyny roku jest już tylko formalnością. To był imponujący sezon – jedna z najlepszych kampani w historii Counter-Strike’a.

Vitality
Vitality – Fot. StarLadder

Kino najwyższych lotów

Bez jakichkolwiek wątpliwości, najbardziej spektakularny “run” w całym turnieju zaliczył FaZe Clan. Grający od pierwszej fazy, w której dwukrotnie był bardzo bliski odpadnięcia, aż do samego finału. Gra tej formacji zapierała dech w piersi, a gracze zyskali tym serca kibiców. Nie starczyło im już “pary” na finał, który był dość jednostronny – jednak dla mnie, jak i wielu innych kibiców – oni wygrali na tym turnieju bardzo dużo. Po raz kolejny udowodnili, że nie można ich skreślać w żadnym momencie, oraz przede wszystkim udowodnili sobie samym, że ten projekt ma sens i ogromny potencjał. Cała ich przygoda na Majorze wygląda jak scenariusz na mocny thriller – FaZe nie dawało swoim fanom odetchnąć, dostarczając to coraz nowych emocji. Ich spotkania to istny rollercoaster, nie ma na świecie drugiej drużyny, która potrafi dostarczać spektakl na takim poziomie.

FaZe Clan posiadające w swoich szeregach trzech Polaków: jcobbba, NEO oraz GruBego – ponownie rozbudziło apetyty rodzimej sceny. Dawno nie widziałem tak zaangażowanej społeczności. Widać, że w Polsce jest ogromny głód sukcesu, że jest dziura, której od czasu Virtus.pro nikt nie potrafi wypełnić. Polscy kibice licznie przybyli do Budapesztu dopingować FaZe Clan, a “Polish Corner” był chyba jednym z najgłośniejszych na całym turnieju. Podobnie było na strefie kibica w Kinguin Esports Lounge. Drużyna Filipa “NEO” Kubskiego rozpaliła apetyty polskich kibiców do czerwoności i przez ostatnie trzy tygodnie wróciły emocje towarzyszące nam kiedy on sam walczył na największych imprezach w roli gracza.

FaZe Clan
FaZe Clan – Fot. StarLadder

Przegrany finał boli każdego, ale myślę, że FaZe może być z siebie dumne i taki wynik przed startem tego turnieju brałoby w ciemno. Tym występem ugruntowało swoją pozycję w czołówce i przed startem nowego sezonu jest w idealnej pozycji, aby budować coraz stabilniejsze fundamenty

Pozytywny akcent

Inną drużyną, która swój występ może zaliczyć do udanych jest Natus Vincere. Mające za sobą bardzo przeciętny rok NaVi zagrało na nosie wszystkich wątpiących w ich jakość. Zespół B1ad3’a wyeliminował FURIĘ będącą w niesamowitej formie, która dla wielu była jednym z głównych faworytów do triumfu w całym turnieju. Mam wrażenie, że te kilka dodatkowych dni, kiedy znali swojego rywala zrobiło tutaj największą różnicę. Nie od dziś wiadomo, że Natus Vincere potrafi ten czas wykorzystać idealnie – i tak też było tym razem. Ich wygrana była największym zaskoczeniem play-offów i dowodem na to, że nie forma, a doświadczenie na tym etapie turnieju potrafi być kluczowe. 

Natus Vincere było też bardzo blisko gry w wielkim finale. W spotkaniu przeciwko FaZe Clanowi prowadziło już 8:2, kiedy to Twistzz wygrywając rundę w sytuacji 2 vs 4 dał impuls do powrotu. To był punkt zwrotny tego półfinału, moment który zatrzymał rozpędzone NaVi i dał nowe siły FaZe Clanowi. Od tego momentu inicjatywa przechodziła stopniowo na stronę FaZe, a NaVi nie zdołało już odzyskać kontroli nad przebiegiem meczu. Porażka boli, bo finał był na wyciągnięcie ręki, ale ten występ może być dla ukraińskiej organizacji czymś znacznie ważniejszym niż sam wynik – jasnym sygnałem, że mimo trudnego roku wciąż potrafią rywalizować z absolutną czołówką.

NAVI
NAVI – Fot. StarLadder

Niespełnione oczekiwania

FURIA przyjeżdżała do Budapesztu w roli jednego z głównych faworytów, a turniej zakończyła już w ćwierćfinale – szybciej, niż ktokolwiek się tego spodziewał. Po bardzo dobrych ostatnich miesiącach oczekiwania wobec tej formacji były ogromne – niestety, rzeczywistość brutalnie je zweryfikowała. Porażka z Natus Vincere okazała się największą niespodzianką tej fazy i jednocześnie ogromnym rozczarowaniem dla zespołu dowodzonego przez FalleNa.

Najbardziej zawiódł molodoy. Kazach, który w ostatnich miesiącach imponował formą i często był decydujący w trudnych momentach, tym razem wyglądał na zawodnika, który mentalnie nie dojechał na ćwierćfinały. Na największej scenie był cieniem samego siebie. W kluczowym momencie zabrakło dojrzałości, która na tym poziomie często decyduje o wszystkim.

Spotkanie, które miało rozpędzić FURIĘ w play-offach, okazało się jej ostatnim na tym turnieju. Po niesamowitym comebacku na Inferno wszystko wskazywało na to, że brazylijska formacja wróci na właściwe tory. Decydujący Train brutalnie te nadzieje zweryfikował – NaVi od pierwszych rund narzuciło tempo i kontrolowało przebieg meczu, nie pozwalając FURII złapać rytmu.

Melodoy
Melodoy – Fot. StarLadder

Mimo że FURIA nie spełniła oczekiwań na Majorze, ostatnie pół roku z pewnością może zaliczyć do udanych. Pomijając ten jeden, bolesny występ, brazylijska formacja pokazała, że obrany kierunek ma sens, a projekt budowany wokół obecnego składu realnie działa. Wszystko wskazuje na to, że w nowym sezonie FURIA będzie jedną z drużyn zdolnych rozdawać karty na światowej scenie.

Zderzenie z rzeczywistością

Drużyną, które według mnie rozczarowała najbardziej jest Falcons.

Falcons, budowane ogromnym nakładem finansowym, prezentuje się zdecydowanie poniżej pokładanych w nim oczekiwań. Sprowadzenie NiKo, m0NESY’ego oraz kyousuke miało pozwolić saudyjskiej organizacji rozpocząć regularne sięganie po trofea – tymczasem tych wciąż brakuje. Ogromny kredyt zaufania, jakim obdarzony został trener Danny „zonic” Sørensen, powoli może się wyczerpywać.

Falcons prowadzone przez zonica od dwóch lat sięgnęło zaledwie po jedno trofeum – PGL Bucharest. Turniej ten trudno jednak uznać za miarodajny sprawdzian. Zabrakło na nim wielu czołowych formacji, a samo Falcons występowało jeszcze w składzie z degsterem, mając świadomość, że będzie to ich ostatni turniej przed zmianami kadrowymi. Triumf odniesiony w takich okolicznościach nie może być realnym punktem odniesienia dla projektu o takiej skali. 

Największym problemem Falcons wydaje się sfera mentalna. W kluczowych momentach zespół wygląda na przytłoczony, pozbawiony spójności i jasnego kierunku. Zawodnicy sprawiają wrażenie, jakby nie podążali za jednym, wspólnym celem. Coraz częściej pojawia się pytanie, czy ten projekt nie dotarł do momentu, w którym sprowadzanie kolejnych gwiazd przestaje być rozwiązaniem.

Falcons
Falcons – Fot. StarLadder

Być może Falcons znalazło się w punkcie, w którym potrzebna jest nie kolejna wielka indywidualność, a zmiana filozofii – świeży pomysł, nowe spojrzenie i ktoś, kto będzie potrafił poukładać ten zespół tak, by realnie mógł sięgnąć po najwyższe trofea.

Gdy gasną światła

Emocje powoli opadają, a Major w Budapeszcie jasno pokazał różnicę między potencjałem a gotowością. To był turniej weryfikacji – projektów, ambicji i ludzi. Vitality udowodniło, że jest gotowe wtedy, gdy stawka jest najwyższa.

REKLAMA:
Reklama

Mariusz Cybulski

Wielokrotny mistrz świata w Counter-Strike'u 1.6, członek legendarnej Złotej Piątki. Trener i ekspert.

Zostaw komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Post navigation

Jeśli podobał Ci się ten artykuł, polecamy również: